Postanowienie inne niż wszystkie

Pewnie pierwszym postem w nowym roku powinna być lista postanowień, dawka motywacji albo garść inspiracji. A jakby tak zacząć to inaczej? Wszyscy wiemy czego sobie życzyć w nowym roku, każdy ma mniejsze lub większe cele na najbliższe dwanaście miesięcy. Jedne skończą się wcześniej, drugie później, może niektóre przerodzą się w nawyk albo w coś wspaniałego? To zależy od nas samych. Jest jednak coś co zostaje z nami na całe życie.

To co z Tobą zostanie na całe życie to Twoje korzenie. To gdzie się wychowałeś, w jakim środowisku się obracałeś zostanie już z Tobą na zawsze. To wszystkie te rzeczy, które ukształtowały Ciebie takiego jakim jesteś w tej chwili. Możesz to wszystko wspominać ze wzruszeniem, może z radością, a może ze smutkiem, ale trudno odciąć się od czegoś co nas ukształtowało. Można sprawić by wyrastały nowe pnącza tworzące nową podstawę, ale czy wszystkie stare korzenie zanikną?
Ja też mam swoje korzenie. Mimo tego, że w mojej metryce nie wybiło jeszcze nawet ćwierćwiecze to wiem, gdzie one są. Wiem, że to właśnie tamte lata ukształtowały mnie najbardziej. Ty pewnie też masz taki okres w swojej przeszłości który sprawił, że teraz jesteś takim a nie innym człowiekiem. Ja bardzo doceniam ten czas, wiele wtedy zyskałam, wielu ludzi spotkałam i mimo, że ten czas już za mną, to gdzieś w sercu zawsze będę mieć ten czas i ludzi. Bo dzięki temu jestem w takim miejscu w jakim jestem, może to właśnie dzięki temu odnalazłam to co chcę robić w życiu, osobę z którą chcę to życie przeżyć i tych wszystkich, którzy są i może będą obok?
Czas biegnie i to szybko. Dziś mamy początek nowego roku i ani się obejrzymy będzie kolejny. Znów spojrzymy na kartkę noworocznych postanowień i rozliczymy się ze zdrowego odżywiania, liczby treningów i dni rozpoczętych o poranku. Może wszystkie te postanowienia zamienią się w Twój nawyk, a może znowu rozczarowany stwierdzisz, że motywacji znów wystarczyło Ci jedynie na miesiąc. A może w tym roku tak po prostu będziesz kochać swoje życie? Może to wystarczy by zmotywować się do wykonania tych wszystkich innych postanowień?
I nie zapomnij o pielęgnacji myśli o swoich korzeniach. Pielęgnuj to co dały Ci te stare korzenie, a jeśli nie jesteś z nich zadowolony to spraw by wyrosły nowe, które może kiedyś staną się mocniejsze niż te wcześniejsze. Kształtuj siebie takiego jakim chcesz być, otaczaj się takimi ludźmi, którzy Ci w tym pomogą. Bądź szczęśliwy tak po prostu sam ze sobą. Wtedy będziesz szczęśliwy z innymi. Tego właśnie Ci życzę.

Kochasz swoje życie?


Temat tego posta chodził mi po głowie od pewnego czasu. Wpadł mi do głowy pod wpływem obserwacji i rozmów z osobami z mojego otoczenia. Myślę, że w świetle ostatnich wydarzeń jest tym bardziej aktualny. Większość z moich czytelników jest bardzo młoda, ale to tyczy się wszystkich. Bez względu czy masz osiemnaście lat czy trzydzieści pięć. Kiedyś pisałam o tym czy warto wyjechać na studia i jednym z powodów "za" była możliwość lepszego poznania samego siebie. Wyjazd na studia na pewno w tym pomaga, ale może to po prostu kwestia wieku, kiedy ledwo co kończymy "naście" lat i szukamy swojego miejsca na ziemi i zastanawiamy się jak przejść przez życie, żeby nie żałować straconego czasu.

To co zauważyłam, nawet w moim otoczeniu to zbyt duże koncentrowanie się na tym co tak naprawdę nie jest aż takie ważne. Praca, kariera, chęć bycia za wszelką cenę najlepszym sprawiają, że gubimy to co naprawdę się liczy Czy za kilka czy kilkanaście lat będziesz milej wspominać całe tygodnie ślęczenia nad tym co można zrobić w dwa dni czy to jak spędzałeś czas z przyjaciółmi? Moja imienniczka Ania napisała kiedyś dwa posty o tym dlaczego warto nie stresować się studiami, i ja w pełni popieram Jej słowa. Ja już przestałam się przejmować każdą drobnostką z tym związaną, a wręcz zauważyłam, że lepsze wyniki osiągam robiąc coś po prostu dobrze, a nie perfekcyjnie. Czy naprawdę ambicja bycia najlepszym jest tak ważna, że przysłania nam cały świat? Za kilka lat te osoby zaczną pracę i być może będą kolejnymi sfrustrowanymi pracownikami skoncentrowanymi na byciu najlepszym w wyścigu szczurów. Zrób co masz zrobić, a potem korzystaj z chwili, zrób coś dla siebie każdego dnia.

Inną rzeczą, którą zaobserwowałam jest to, że nie doceniamy ludzi, których spotykamy na naszej drodze. Są tacy, którzy będą w naszym życiu przez dłuższy czas jak rodzina, druga połówka czy stary przyjaciel, ale są też tacy, którzy są obok nas jedynie przez chwilę. I to nie oznacza, że są gorsi, bo czasem po prostu taka kolej rzeczy, że nasze drogi się rozchodzą i nie możemy się już spotkać w każdy dzień, a jedynie raz na jakiś czas. Każdą relację trzeba budować i pielęgnować, a  ja mam wrażenie, że my coraz częściej o tym zapominamy. Skończysz pewien etap życia jakim są na przykład studia i co będziesz mógł powiedzieć o ludziach, którzy Cię otaczali? Mimo, że nadajecie na tych samych falach, to Wasze drogi mogą się rozejść. Wylądujecie w różnych miastach, może nawet za granicą a jeśli te kilka wspólnych lat nie posłużyło zbudowaniu fajnej relacji to szybko o sobie zapomnicie, a jedynym przypomnieniem będzie to o urodzinach na Facebook'u. I nie mów, że nie masz czasu, bo jeśli się bardzo czegoś chce, jeśli się dobrze ustawia swoje priorytety szczęśliwego życia to czas zawsze się znajdzie. 

Dzisiaj pomyśl o tym czego w życiu Ci brakuje, co musisz zrobić, żeby było ono bardziej szczęśliwe i zacznij to realizować. Może potrzeba Ci małych kroczków, może zdecydujesz się od razu przeskoczyć przepaść, ale działaj. Życie jest za krótkie, żeby być biernym i obojętnym. Pomyśl, czy gdybyś teraz zobaczył siebie jako staruszka na emeryturze, to jakbyś wspominał ten obecny czas? Co byś zmienił? Może za bardzo przejmujesz się rzeczami, którymi nie warto się przejmować? Może w natłoku zajęć zapominasz docenić swoich bliskich? Może zapominasz o sobie i nie robisz dla siebie kompletnie nic? Zadaj sobie to najważniejsze pytanie, kochasz swoje życie?

Ostatnio w czasie pewnej akcji na uczelni, kupiłam ciastko z cytatem. Niestety go zgubiłam, ale bardzo mi się spodobał, więc wydaje mi się, że udało mi się go odtworzyć w głowie. I ten cytat jest najlepszym podsumowaniem tego co napisałam:

You won't love the life you live until you live the life you love.

3 książki na jesienne wieczory


Jesień to idealny czas by nadrobić zaległości czytelnicze i w końcu sięgnąć po książki, które chciałam przeczytać od dawna. Długie wieczory sprzyjają długiemu czytaniu i ja w tym czasie mam największą ochotę na czytanie. Niestety lektury na studia zmuszają mnie do zapoznania się z angielską klasyką, ale mam nadzieję, że szybko się z nimi rozprawię by znów móc czytać to co chcę. W ostatnim czasie przeczytałam bardzo dobre książki i chciałabym je Wam dziś polecić. Mam dla Was dwie propozycje z literatury młodzieżowej (bo przecież nigdy nie jesteśmy za starzy na takie książki) i jeden thriller prawniczy. Mam nadzieję, że któraś z moich propozycji umili Wam nadchodzące wieczory.


MAYBE SOMEDAY
Książka autorstwa Colleen Hoover opowiada o miłości młodych ludzi. Miłość ta napotyka na drodze wiele przeszkód, różnego rodzaju dylematów i przepełniona jest skrajnymi emocjami. Ta autorka pisze swoje książki w taki sposób, że trudno się od nich oderwać. Prawie nigdy nie zarywam nocy by czytać, bo nawet jeśli książka mi się podoba to prędzej czy później zasnę. Tę książkę skończyłam czytać o trzeciej w nocy i przeczytałam "na raz" więcej niż połowę - więc to już o czymś świadczy. Historia Ridge'a i Sydney jest tak wciągająca, że chciałam od razu poznać zakończenie mimo tego, że bardzo chciało mi się spać. Jeśli czytaliście inne książki tej autorki możecie się zorientować, że pisze ona trochę jakby według szablonu i właściwie możemy domyślać się co się stanie. Mimo to, jeśli podobało się Wam "Hopeless" to "Maybe someday" również trafi w Wasz gust. A jeśli nie czytaliście żadnej z nich to polecam lekturę obydwu!

TEN JEDEN DZIEŃ
Kolejną książką z literatury młodzieżowej jest pozycja autorstwa Gayle Forman. Tutaj również znajdziemy historię miłości, ale zupełnie inną niż w "Maybe someday". Tutaj motywem przewodnim jest poszukiwanie zgubionej miłości, oczekiwanie, determinacja i branie życia we własne ręce. Historia jest niebanalna - jeszcze nigdzie nie spotkałam się z podobną. Jest także druga część tej książki - "Ten jeden rok", która właściwie nie jest kontynuacją, a przedstawieniem historii przez innego bohatera. O ile zazwyczaj nie ciągnie mnie do czytania książek opowiedzianych z drugiej strony, tak tą na pewno przeczytam. To co mnie najbardziej urzekło w tej książce to cudowne opisy Paryża. Opisy francuskich realiów, jedzenia i stylu życia sprawiły, że bardzo miło mi się czytało tą książkę i aż zapragnęłam wybrać się do Francji.

KASACJA
Rzadko sięgam po tego typu książki. Przeczytałam kilka kryminałów, ale raczej lekkich a po ten thriller sięgnęłam dzięki filmikom Anity, musicie wiedzieć, że uwielbiam jej kanał! W historię Zordona i Joanny wciągnęłam się niemal od pierwszych stron. Duży plus za to, że to polska książka i polskie realia sprawiają, że jest bardzo autentyczna. W tej historii nie ma czasu na nudę, ciągle się coś dzieje, a niektóre zwroty akcji sprawiły, że musiałam zbierać szczękę z podłogi. Również finał był dla mnie sporym zaskoczeniem. To jest książka z rodzaju tych, które z jednej strony chce się szybko skończyć by poznać zakończenie a z drugiej strony nie chce się kończyć bo jest tak dobrze napisana. Całe szczęście, że jest kolejna część, choć muszę Wam przyznać, że odwlekam jej czytanie, bo póki co jest ostatnią książką tego cyklu.

Czytaliście którąś z polecanych przeze mnie książek? Polecam Wam także zajrzeć do podobnego wpisu sprzed roku, gdzie znajdziecie kolejne cztery propozycje na jesienne wieczory - piękną miłosną historię w trzech grubaśnych tomach. A Wy co aktualnie czytacie i polecacie? Moja lista książek, które chcę przeczytać nieustająco się wydłuża i tylko czasu wciąż brak... Tymczasem muszę zaznajomić się z literaturą wiktoriańskiej Anglii, ale mam nadzieję, że pod tym postem porozmawiamy sobie o tym co warto (albo i nie warto) przeczytać :)

Jesień z Jest Rudo czyli wyzwanie fotograficzne

 
źródło : www.jestrudo.pl
Nie chciałam pisać kolejnego podsumowania pod rząd, ale dzieje się tak przez moje gapiostwo ;) Może jednak zacznę od początku. Jakiś czas temu Natalia z JestRudo, ogłosiła jesienne wyzwanie fotograficzne, które polegało na tym by zrobić 30 zdjęć, każde z innym tematem. Wersja dla zaawansowanych obejmowała również technikę zrobienia zdjęcia. Dokładne zasady i opis wyzwania znajdziecie w tym poście u Natalii. Postanowiłam dołączyć do wyzwania i publikowałam zdjęcia na Instagramie. Wybrałam wersję podstawową, bo wiedziałam, że mogę nie mieć czasu na więcej zabawy ze zdjęciami. Początkowo chciałam publikować je codziennie, ale z niektórymi miałam duży problem, więc potem już nie pojawiały się systematycznie. I tak się zagapiłam, że w piątek wyzwanie się skończyło, a ja utknęłam niewiele za połową bo na 18. zdjęciu. Mimo to, że nie udało mi się dokończyć to pokażę dziś wszystkie te zdjęcia i dwa więcej, które czekały na swoją kolej w wyzwaniu, ale się nie doczekały.

Zanim jednak pokażę jakie momenty uchwyciłam, chciałabym napisać o tym co dało mi to wyzwanie. Ze zdjęciami na Instagramie jest już tak, że zazwyczaj publikuję coś gdy znajdę coś czemu warto zrobić zdjęcie, co mi się spodoba i tak dalej. Dzięki wyzwaniu było inaczej bo musiałam znaleźć to coś, co chcę pokazać. Musiałam szukać okazji do zdjęć, zamiast na nią czekać. Na pewno wielką nauką była wersja rozszerzona, ale niestety tym razem nie udało mi się jej podjąć. Wyzwania fotograficzne są super sprawą dla osób, które lubią robić zdjęcia, dla tych, którzy chcieliby trochę zróżnicować swoje kadry.

Większość moich zdjęć była wykonana aparatem z telefonu (który niestety do najlepszych nie należy) i pokazują po prostu moją codzienność. Zdaję sobie sprawę, że to nie są arcydzieła, ale takie było moje zamierzenie. Chciałam utrwalić te momenty, które są codziennością, które mnie w jakiś sposób dotyczą. Rozmiary pokazanych tutaj zdjęć są inne niż te Instagramowe, dlatego kadry mogą się różnić - w całości możecie je zobaczyć na moim Instagramie, tam także wyjaśnienie dlaczego akurat dane zdjęcie dopasowałam do danego tematu. Tytuł każdego zdjęcia jest podlinkowany prosto do źródła.
 
 
 
 
 
 

I na koniec dwa zdjęcia, które zrobiłam z myślą o wyzwaniu, ale niestety nie zdążyłam dojść do nich, mały bonusik dla Was.


Te kolory! 

 Moment
 
Braliście udział w tym wyzwaniu? Jakie są Wasze wrażenia? Dajcie znać, które zdjęcie podoba się Wam najbardziej! Pamiętajcie, że dużo, dużo więcej zdjęć znajdziecie na moim Instagramowym profilu, gdzie Was serdecznie zapraszam.

30 dni bez mięsa - czemu się zdecydowałam i jak poszło


Jakiś czas temu napisałam Wam, że postawiłam sobie wyzwanie, żeby przez 30 dni nie jeść mięsa. Dziś chciałabym wyjaśnić jakie były moje powody takiego wyzwania i zrelacjonować jak mi poszło. Zacznę może jednak od idei stawiania sobie wyzwań - dla mnie to bardzo fajna forma sprawdzenia siebie, ćwiczenia silnej woli i urozmaicenia codzienności. Od zawsze jestem mięsożercą,choć co prawda odkąd wyjechałam na studia jem mniej mięsa niż wcześniej i jeśli już je sama przygotowuję  to jest to tylko drób, to mimo to 30 dni bez mięsa było dla mnie zupełnie czymś nowym. Założyłam też sobie, że mój mięsny "post" nie obejmie mięsa ryb. Przypominam tez posty z przepisami : tydzień I, tydzień II & III.

Dlaczego właściwie postawiłam sobie takie wyzwanie?

Nie było to związane z kwestiami etyczno-moralnymi, nigdy też nie oglądałam żadnego ze sławnych filmików po których ludzie przestają jeść mięso. Tak naprawdę moim głównym powodem było to, by do swojego jadłospisu włączyć więcej roślinnych potraw, a to wiąże się również z wypróbowaniem nowych przepisów. Wiedziałam, że jeśli nie postawię sobie zakazu to przyzwyczajenia wezmą górę i znów nie spróbuję jak smakują dane potrawy czy produkty. Po drugie chciałam też trochę oczyścić organizm po wakacjach w domu, kiedy to mięso było na porządku dziennym. Nie specjalnie przepadam za mięsem innym niż drób i jadam je raczej okazjonalnie, ale to właśnie niestety kurczaki zawierają najwięcej chemii. 

Jak mi poszło?

Do chwili gdy gotowałam sama dla siebie nie miałam z tym problemu, pojawiał się on jednak przy okazji jedzenia na mieście. Byłam w kilku miejscach - między innymi knajpka z daniami obiadowymi, gastrobar - i stwierdziłam, że bardzo ciężko jest zjeść coś bez mięsa. W knajpie, w której jadłam obiad było chyba około trzy czy cztery dania bez mięsa, ale z rybą, więc prawdziwy wegetarianin nie zjadł by tam nic. Podobnie jest we wszelkiego typu restauracjach, które serwują codziennie obiady. Pozycje bez mięsa pojawiają się raz w tygodniu w piątek i w większości przypadków są to dania rybne. Lepiej jest z pizzeriami, bo przeważnie każda oferuje minimum dwie lub trzy propozycje wegetariańskie i zawsze można zrezygnować lub zamienić dany składnik, no ale czasem chciałoby się zjeść coś innego niż pizza. Przez ten ostatni miesiąc zobaczyłam, że osoby nie jedzące miejsca naprawdę mają problem by zjeść coś na mieście. Oczywiście są wszelkie wege restauracje i jest ich coraz więcej, ale czasem zdarza się, że nasi kompani niekoniecznie chcą jeść bezmięsnie. Miałam odwiedzić jeden z krakowskich wege barów, ale niestety gdy tam byłam nie było wolnego miejsca, a potem nie było okazji. Jednak na pewno chciałabym jeszcze się tam wybrać i spróbować ich potraw. 

Problem pojawił się także podczas weekendowego wyjazdu do domu. Wiecie jak to jest jak przyjeżdżacie i mama ugotuje same pyszności specjalnie dla Was? No to już wiecie czemu nie mogłam odmówić, tego się po prostu nie robi ;) Poległam właśnie wtedy w jeden z weekendów, ale po powrocie z domu grzecznie wróciłam do wyzwania i wytrwałam już do końca. 
Było kilka momentów w których  miałam wielką ochotę by zjeść mięso i to od razu w niezdrowej postaci czyli na przykład kebaba. Jednak większość z tych momentów była spowodowana tym, że coś o mięsie mi przypomniało na przykład zapach czy jakiś wypatrzony przepis. Najtrudniejszy był chyba ostatni tydzień, kiedy trochę już brakowało mi pomysłów na prosty, studencki wege obiad.

Wiele osób mówi, że po odstawieniu mięsa zauważają ogólną poprawę samopoczucia. Nie myślałam o tym dopóki jedna z czytelniczek bloga nie napisała mi tego w komentarzu chyba gdzieś w połowie miesiąca. Wtedy zaczęłam się nad tym zastanawiać i jeśli chodzi o mnie to może nie była to wielka różnica, ale czułam się znacznie lepiej niż w dni, które były obfite w potrawy mięsne.

Co dalej?

Ostatni miesiąc pokazał mi, że jeśli bym chciała to mogę zrezygnować z mięsa, ale też uświadomił mi, że są potrawy z mięsem, które po prostu lubię i nie chcę z nich zrezygnować, choć na pewno wprowadzę na stałe  też więcej potraw bez niego. Nie wiem czy kiedykolwiek będę gotowa na to by przejść na wegetarianizm, ale też nie wiem czy do końca tego chcę. Jestem zwolenniczką poglądu, że jeśli dieta jest dobrze zbilansowana to można być zdrowym i dostarczać sobie wszystkich potrzebnych składników także bez mięsa, ale z drugiej strony nie mam też na tyle silnego bodźca, który sprawiłby, że nie będę jeść mięsa w ogóle. Chciałabym bardzo, żeby mięso, które jemy było naprawdę odżywcze, takie jakie było kiedyś a nie przepełnione chemią i nie wiadomo czym jeszcze. Jest to pewnie nierealne, więc pozostaje mi się trzymać zasady, że to "dawka czyni truciznę".

A jakie jest Wasze podejście do mięsa? 

3 miejsca na weekend w Krakowie

 
Wiem, że zagląda tutaj wiele osób z Krakowa i okolic w tym wielu studentów, dlatego dziś chciałabym zaproponować coś szczególnie dla tych osób. Jednak myślę, że osoby nie mieszkające w mieście Królów również może zainteresować ten post i zachęcić do wycieczki do tego pięknego miasta. Szczególnie teraz póki mamy jeszcze złotą jesień i widoki są naprawdę bajeczne. Idzie weekend, więc często szukamy ciekawych miejsc, które można odwiedzić ze znajomymi. Mam nadzieję, że każdy znajdzie coś dla siebie, ponieważ pokażę miejsce gdzie można zjeść coś dobrego, inne w którym można potańczyć i jeszcze inne dla tych, którzy nie lubią zatłoczonych pubów i klubów. A tych, którzy chcieliby wybrać się na kawę zapraszam do przeczytania wpisu o 4 kawiarniach w Krakowie, które polecam, a w komentarzach znajdziecie wiele więcej propozycji.

The Legends - Plac Szczepański 3

Odwiedziłam różne kluby i puby, ale ten do tej pory spodobał mi się najbardziej. Nazwa nawiązuje do "osób legend" stąd w wystroju tego miejsca znajdziemy zdjęcia na przykład Elvisa Presley'a czy Marylin Monroe. Również muzyka jest tam zachęcająca do tańca. Nie wiem jak Wy, ale ja nie lubię takich typowo dyskotekowych bitów, a tutaj legendarne hity przemieszane z nowoczesną nutą tworzą idealną kompozycję. Można posiedzieć przy piwie, można szaleć na parkiecie. Bardzo polecam to miejsce.

Cyklop - ul. Bożego Ciała 7 

W Cyklopie zjecie jedną z najlepszych pizz w Krakowie. Co prawda ceny nie są typowo studenckie, ale raz na jakiś czas warto poświęcić trochę więcej pieniędzy, bo pizza jest naprawdę przepyszna. Jeśli więc lubicie typowo włoską pizzę to odwiedzenie tego miejsca to obowiązek! Oprócz pizzy dostajemy w cenie bardzo smaczną przystawkę. Bardzo lubię miejsca, które oprócz tego, że serwują pyszne jedzenie czy picie to też świetnie wyglądają, a to miejsce zdecydowanie spełnia ten warunek. Oprócz tego znajdziecie tam wydzieloną część na drink bar (która jeśli się nie mylę jest otwarta jedynie w weekendy) z przepięknym i klimatycznym wystrojem. Jest tam duży wybór drinków w nie najgorszych cenach. Cyklopa znajdziecie również na ul. Mikołajskiej 16, ale tam chyba nie ma drink baru.

Hex - Dwernickiego 5

Bardzo ciekawe miejsce na mapie Krakowa, w którym można zagrać w gry planszowe. Lepiej jednak ustalić wizytę tam trochę wcześniej i zarezerwować stolik bo zazwyczaj jest tam tyle osób, że w godzinach wieczornych (a tym bardziej w weekend) trudno dostać miejsce bez (dużo) wcześniejszej rezerwacji. Warto też przemyśleć w co by się chciało zagrać i zapoznać się z instrukcją gdzieś w Internecie, bo wybór jest tak duży, że może skończyć się na grze w stary, dobry Eurobusiness. Ja od siebie polecam Osadników z Katanu, Wiedźmina i Dobble na rozgrzewkę. Może polecicie jakieś ciekawe planszówki? W czasie gry można coś przekąsić czy wypić. Panuje tam bardzo fajny, luźny klimat, a jedynym minusem jest dojście - może być trudno trafić. Jeśli planujecie się wybrać to pamiętajcie, że od głównych drzwi idziecie cały czas prosto!

W Krakowie bardzo podoba mi się to, że jest tutaj wiele świetnych miejsc i że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Dajcie znać czy lubicie te miejsca i czy w nich bywacie. Chętnie przyjmę także polecenia innych ciekawych miejsc :)

30 dni bez mięsa - tydzień II & III

 
W tamtym tygodniu pisałam Wam, że wyjątkowo nie będzie przepisów na potrawy, które wypróbowałam przy okazji wyzwania 30 dni bez mięsa, które sobie narzuciłam, bo po prostu wypróbowałam ich zbyt mało. Połączyłam więc tydzień II i III w jedno i dziś serwuję Wam kilka przepisów na naprawdę przepyszne dania. Niestety w ciągu tych ostatnich dwóch tygodni zaliczyłam wpadkę i w ciągu jednego z weekendów poległam z moim wyzwaniem, ale o tym szerzej napiszę w podsumowaniu. Mimo wpadki, wyzwanie kontynuuję i próbuję nowych smaków. Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze planuję posiłki, żeby wiedzieć co kupić i w jakieś ilości. Jeśli Wy też tak robicie i może akurat dziś planujecie posiłki na nadchodzący tydzień to zachęcam Was, żeby zawrzeć w jadłospisie przynajmniej jedną z tych potraw.

Sałatka z Camembertem
 
- mieszanka sałat (lub sałata lodowa)
- 1 opakowanie naturalnego serka Camembert
- 1 żółta papryka
- 2 garście pomidorków koktajlowych lub około 2 zwykłe pomidory
- pół cebuli
- około 2 garści orzechów (włoskie albo nerkowce)
- około 3 łyżek nasion (słonecznik albo pestki dyni, albo miks)
- dwie garści czerwonych winogron

Wszystko kroimy i mieszamy. Opcjonalnie można dodać sos winegret albo sos musztardowo-miodowy, ale bez sosu też jest dobre.

Tą sałatkę po raz pierwszy zjadłam u rodziny mojego chłopaka i bardzo mi posmakowała. Chyba głównie z tego względu, że uwielbiam Camembert i jest on bardzo wyrazistym dodatkiem w tej sałatce. Jeśli jednak chcecie podać ją gościom to uprzedzam, że najlepsza jest na świeżo.


Troszkę sobie zmodyfikowałam przepis i zamiast tych wszystkich przypraw dałam przyprawę do gulaszu, bo zawierała podobne składniki. Smak pewnie różni się od tego oryginalnego przepisu, ale i tak wyszło super.

Po nieudanym gulaszu z ciecierzycą postanowiłam zużyć resztę z opakowania na słynny falafel. Wyszły bardzo smaczne, ale chyba miłości między mną a ciecierzycą nie będzie. I na pewno jeśli przygotuję je kolejny raz kupię ciecierzycę w puszcze, której nie trzeba gotować, bo z moją było zbyt dużo zachodu. Z tej porcji wyszło mi kilka sztuk, tak, że resztę zamroziłam. Najlepiej smakują z sosem czosnkowym z dodatkiem natki pietruszki! Przyjmę wszystkie pomysły z czym je zestawić bo zostało mi chyba jeszcze z pięć sztuk.


Nie byłabym sobą gdybym nie wprowadziła pewnych modyfikacji. I tak zamiast mleka dodałam jogurt grecki, a tymianek zastąpiłam bazylią.

Ostatnio bardzo często jem zupy, bo są smaczne, rozgrzewają i rozwiązują mój problem gdy nie wiem co zjeść na kolację, żeby nie było za ciężko. Bardzo byłam ciekawa smaku tej zupy i muszę powiedzieć, że bardzo mi posmakowała. Jest lekko słodka z posmakiem cynamonu, więc pewnie nie każdemu posmakuje. Specjalnie po to, żeby ją przyrządzić gotowałam bulion warzywny, ale naprawdę się opłaciło.

Zupa krem z pomidorów
 
- ok. 1,5 litra bulionu (może nie zrobiłoby to większej różnicy gdyby była to woda - następnym razem tak wypróbuję)
- 2 puszki pomidorów krojonych (u mnie 1 puszka + słoiczek domowego przecieru)
- 1 duża cebula
- łyżka masła klarowanego
- 3 ząbki czosnku
- przyprawy: sól, pieprz, bazylia

- opcjonalnie do podania: domowe grzanki, mozarella

Cebulę kroimy w pióra i dusimy na maśle klarowanym, aż nabierze złotego koloru. Zalewamy cebulę bulionem i gotujemy przez chwilę. Następnie dodajemy pomidory i gotujemy przez około 25 minut. Dodajemy czosnek przeciśnięty przez praskę i przyprawy. Ja zawsze doprawiam na oko, dlatego nie jestem w stanie powiedzieć ile czego dokładnie - tak żeby smakowało. Można też zwiększyć/zmniejszyć ilość czosnku. Gotujemy jeszcze przez chwilę. Następnie blendujemy i gotowe. Świetnie smakuje solo, ale jeszcze lepiej z domowymi grzankami i kawałkami mozarelli.

Z reszty bulionu ugotowanego do zupy pietruszkowej postanowiłam zrobić zupę pomidorową, bo to moja ulubiona zupa. Przeczytałam kilka przepisów na taką zupę krem i połączyłam sobie je w ten powyższy. I mogę Was zapewnić, że jeśli wszystkie powyższe przepisy gwarantują pyszne dania, tak ta zupa jest królową zup. Myślę, że zrobię ją jeszcze na pewno nie raz bo jest naprawdę przepyszna, ale następnym razem ugotuję jej dużo, dużo więcej (miałam mniejsze proporcje niż w przepisie). Myślę, że jeśli dodamy mniej bulionu/wody to z powodzeniem może służyć jako sos do makaronu. Naprawdę zachęcam do wypróbowania!

W ostatnich dwóch tygodniach była  sałatka brokułowa, ale chyba nie ma sensu podawać takich prostych przepisów. W tym ostatnim tygodniu wyzwania na pewno wypróbuję jeszcze jakąś zupę, bo bardzo mi ostatnio posmakowały. I spróbuję zrobić inną niż pomidorowa, bo ta jest naprawdę mistrzowska.Jeśli wypróbujecie któreś z dań, koniecznie napiszcie czy Wam również smakowało.

A może Wy chcecie się podzielić ze mną przepisami na smaczne dania bez mięsa?