Nie zrobię Ci dnia

Zostałam dziś zainspirowana tym postem i postanowiłam zasadzić dobrą myśl!( z góry Was bardzo przepraszam za jakość zdjęć, ale niestety pogoda i pora dziś nie sprzyjają, a blogger dodatkowo to pogarsza…). Po ostatniej wizycie mojego chłopaka w krakowskim mieszkanku zostało sporo produktów do zrobienia czegoś pysznego, więc zaraz po powrocie z uczelni postanowiłam zrobić obiad dla mnie i dla mojej współlokatorki. Ostatnio tak popularnie się mówi „make my day”, więc ja postanowiłam „make her day”. Zanim przejdę do tego co gotuję i jakie zapachy roznoszą się właśnie w naszej kuchni małe wyjaśnienie językowe.
Gdybym nie była studentką anglistyki pewnie puściłabym to mimo uszu, ale skoro już nią jestem no to wiecie do czegoś to zobowiązuje. Otóż zwrot „make sb’s day” nie oznacza „zrobić komuś dzień” jak jest czasem to mylnie tłumaczone. Owszem można dojść do konkluzji, że to coś miłego i tak dalej, ale ten zwrot oznacza po prostu sprawić komuś przyjemność.
Przygotowując ostatnio danie dla mojego chłopaka jak zwykle kupiłam wszystkiego za dużo i takim sposobem mogłam dziś ugotować nieco inny obiad. Czemu nieco inny? Bo moje studenckie obiady przeważnie ograniczają się do wyciągnięcia pierogów (albo czegoś podobnego) odgrzania w mikrofalówce i voila. Czasem nachodzi mnie jednak ochota, żeby coś naprawdę ugotować. I tak dziś sprawiam przyjemność sobie, ale także i mojej współlokatorce. Nasz obiad dziś to ta potrawa. Lecz nieco zmodyfikowana. Student bez piekarnika jakoś radzić sobie musi, więc u nas to po prostu makaron i sos. Dziś także bez kurczaka. I tak jest pysznie! (ciekawe czy moja współlokatorka to potwierdzi!). Piszę tego posta i czekam aż wróci. Zaraz nakrywam do stołu. Zróbcie komuś dziś przyjemność! 🙂Make someone’s day too!
Smacznego obiadu/obiadokolacji/kolacji dla wszystkich!
Ps. Jeśli zdążyliście się zapisać to do zobaczenia jutro na tym wydarzeniu!

Dodaj komentarz