Przegląd filmowy #4

Ostatnio pojawia się więcej postów kulturalnych – ostatnio mieliście okazję przeczytać o moich książkach przeczytanych w lutym, dziś czas na filmy. Możecie mi wierzyć lub nie, ale ja naprawdę mam ogromne zaległości w oglądaniu filmów. Zawsze wolałam czytać książki i stąd teraz mam naprawdę spore zaległości, ale na szczęście nadrabiam.
Wiem, to wstyd, że „Avatara” obejrzałam dopiero teraz. Nigdy mnie jakoś nie ciągnęło do filmu, wiecie ja jestem z tych co wolą raczej komedie romantyczne. I pewnie gdyby nie mój chłopak to sama z siebie nigdy bym tego filmu nie obejrzała. Muszę przyznać, że początek mnie nudził. Mniej więcej pierwsza godzina filmu trochę mnie zniechęciła, dlatego podzieliliśmy seans na dwa razy. Kiedy następnym razem zaczęliśmy od danego momentu – wtedy film mnie wciągnął. Jest po prostu inny niż wszystkie. Mimo, że istoty to nie-ludzie odnajdziemy tam wiele ludzkich emocji. Było to dla mnie zaskoczeniem, ale „Avatar” naprawdę mi się podobał. I nawet jeśli nie jesteście fanami tego typu filmów to polecam obejrzeć.
„Czas na miłość” towarzyszył nam w Walentynki. Nastawiłam się na to, że będzie naprawdę super (mój chłopak był nieco mniej optymistyczny), no bo przecież przeczytałam tyle opinii, tyle blogerek go polecało, a ja chyba byłam ostatnią osobą, która go jeszcze nie widziała. No i niestety tym razem trochę się zawiodłam. Motyw cofania się w przeszłość był ciekawy i warto się zastanowić jaki moment w swoim życiu byśmy wybrali jeśli mielibyśmy taką możliwość, ale ogólnie odebrałam ten film jako… nudny. Były chwile (szczególnie duuuża część początku), które się dłużyły. Ogólnie film wydawał mi się taki jakiś bez wyrazu. Mimo, że naprawdę lubię wszelkie love story, to ten „Czas na miłość” do mnie nie przemówił. Najlepszym dowodem na to jest chyba to, że i ja i mój chłopak w ciągu seansu zaliczyliśmy po kilka drzemek…
„Wielkie wesele” chciałam obejrzeć odkąd zobaczyłam zwiastun w kinie. Wbrew pozorom to nie jest kolejna ckliwa komedia romantyczna, a w tym przypadku słowo komedia w określeniu gatunku jest naprawdę adekwatne. Bardzo mi się podobał ten film. Jest lekki, zabawny i raczej nie ma w nim miejsca na nudę. Możecie mi wierzyć lub nie ale tutaj naprawdę każdy z każdym ma jakieś powiązanie, które w końcu wychodzi na jaw. Więcej szczegółów zdradzać nie będę, ale film bardzo polecam. Jeśli szukacie przyjemnej komedii to jest właśnie ten film.
Znacie to uczucie kiedy nie wiadomo co obejrzeć? Wiadomo, ma się jakąś tam listę filmów, które chce się obejrzeć – czy to w głowie czy to odznaczone na Filmwebie, a czasem jak przychodzi co do czego to nie wiadomo na co się ma ochotę. „Oświadczyny po irlandzku” znalazłam gdzieś w gąszczu filmów na Filmwebie i pomyślałam, że może być to przyjemny film. I tutaj mam odczucia zupełnie takie same jak przy „Wielkim weselu”. I choć na komedia romantyczna jest bardziej romantyczna niż tamta to wciąż uważam, że nie do końca jest tak łatwo przewidywalna. Jest dużo zabawnych momentów, piękne irlandzkie widoczki no i przystojny aktor (:)). Myślę, że ten film również sprawdzi się na przyjemne popołudnie.
W lutym obejrzałam naprawdę dużo filmów jak na mnie. Wszystko przez chorobę i przerwę międzysemstralną. Myślę, że marzec będzie bardziej ubogi w filmy, ale jeśli obejrzę coś o czym warto napisać to na pewno dam Wam znać.
Ps. Celowo w opisach nie zdradzałam fabuły, postawiłam na moje subiektywne odczucie, a z fabułą możecie zapoznać się klikając na tytuł filmu.

Dodaj komentarz