Cheat meal poproszę

Ostatnio coraz więcej ludzi jest fit, promuje zdrowy styl życia i zdrowe jedzenie, i dobrze! Ale też każdy z nas nas lubi jeść coś takiego za co dałby się pokroić, a niekoniecznie należy to do filozofii zdrowego odżywiania. Liczne badania udowadniają nam, że taki cheat mealraz na jakiś jest jak najbardziej potrzebny, bo pomaga uniknąć rzucenia się na „zakazane” jedzenie, może przyspieszyć metabolizm i wiele innych.

Jeśli chodzi o mnie to fast foody generalnie mogłyby dla mnie nie istnieć. Kiedyś owszem często jadałam w „Maku” czy innej takiej jadłodajni, teraz jedynie czasem wybiorę się do tej z rybką lub metrem w nazwie, ale umówmy się, że jeśli odpowiednio skomponuje się tam posiłek to jest to raczej mniejsze zło niż zjedzony powiększony hamburger i frytki. Od czasu do czasu zjem kebaba, ale gdyby nagle zniknęły pewnie nie odczułabym wielkiej straty – choć w moim mieście pewnie byłyby one duże bo rynek kebabem stoi. I wśród tych wszystkich fast foodów jest jeden za, który dałabym się pokroić. Mowa oczywiście o pizzy. Nie mam szczególnych upodobań, ale mam ulubione miejsca w których zawsze jest pyszna. Jedno z nich ostatnio zamknęli czego strasznie żałuję, ale z drugiej strony może to i lepiej bo to był punkt blisko domu mojego chłopaka (po drodze zresztą do mojego) a to sprawiało, że bywały czasy w których jedliśmy tam bardzo często.

Pod kategorię grzesznego jedzonka mogłabym podpiąć całą kuchnię włoską, którą uwielbiam, ale tłumaczę sobie, że odpowiednio przyrządzony makaron aż tak niezdrowy nie jest. Za to jest druga rzecz, do której jedzenia zachęcać mnie nie trzeba. Tym razem chodzi o lody. Przekonałam się, że chodzenie na wieczorny WF w pobliżu najlepszych lodów czekoladowych w Krakowie zawsze kończyło się wstąpieniem chociażby na gałkę. Dobrze, że miałam przynajmniej kompankę, która zawsze na lody była chętna. Jeśli o to chodzi to próbuję przynajmniej nieco zminimalizować ich niezdrowość i unikam jedzenia takich zwykłych ze sklepu na rzecz gałek z lepszych lodziarni czy tych zrobionych samodzielnie. W moim mieście ostatnio otworzyli genialne lody w 100 % naturalne, bez zbędnych dodatków a do tego są robione na świeżo na oczach klienta.

Kiedyś myślałam, że do tego zestawienia trzeba doliczyć czekoladę, bo faktycznie jadłam jej dużo i na pierwszym roku studiów na mojej półce zawsze można było znaleźć kilka smaków do wyboru. Od pewnego czasu staram się nie jeść sklepowych słodyczy włącznie z czekoladą. Czasem  zjem kostkę czy dwie, ale nawet jak jakaś leży w szafce to nie trudno mi się oprzeć. Za to miejsce czekolady zajmują domowe ciasta. Odkąd wyjechałam na studia powrót do domu zazwyczaj wiąże się z tym, że na stole leży kawałek jakiegoś ciasta, wtedy nawet zwykły drożdżowiec smakuje królewsko. Może ta zwiększona ilość wypieków to sprawa nowego piekarnika, ale ja wolę myśleć, że to tęsknota. 😉
Jak widać pewne rzeczy można w sobie wyrobić, ale jednak każdemu pozostaną jakieś słabości, bo przecież należą się nam jakieś przyjemności, których czasem odmówić sobie nie można.  A jakie są Wasze jedzeniowe słabości?

Dodaj komentarz