30 dni bez mięsa – czemu się zdecydowałam i jak poszło

Jakiś czas temu napisałam Wam, że postawiłam sobie wyzwanie, żeby przez 30 dni nie jeść mięsa. Dziś chciałabym wyjaśnić jakie były moje powody takiego wyzwania i zrelacjonować jak mi poszło. Zacznę może jednak od idei stawiania sobie wyzwań – dla mnie to bardzo fajna forma sprawdzenia siebie, ćwiczenia silnej woli i urozmaicenia codzienności. Od zawsze jestem mięsożercą,choć co prawda odkąd wyjechałam na studia jem mniej mięsa niż wcześniej i jeśli już je sama przygotowuję  to jest to tylko drób, to mimo to 30 dni bez mięsa było dla mnie zupełnie czymś nowym. Założyłam też sobie, że mój mięsny „post” nie obejmie mięsa ryb. Przypominam tez posty z przepisami : tydzień I, tydzień II & III.
 
Dlaczego właściwie postawiłam sobie takie wyzwanie?
Nie było to związane z kwestiami etyczno-moralnymi, nigdy też nie oglądałam żadnego ze sławnych filmików po których ludzie przestają jeść mięso. Tak naprawdę moim głównym powodem było to, by do swojego jadłospisu włączyć więcej roślinnych potraw, a to wiąże się również z wypróbowaniem nowych przepisów. Wiedziałam, że jeśli nie postawię sobie zakazu to przyzwyczajenia wezmą górę i znów nie spróbuję jak smakują dane potrawy czy produkty. Po drugie chciałam też trochę oczyścić organizm po wakacjach w domu, kiedy to mięso było na porządku dziennym. Nie specjalnie przepadam za mięsem innym niż drób i jadam je raczej okazjonalnie, ale to właśnie niestety kurczaki zawierają najwięcej chemii.
Jak mi poszło?
Do chwili gdy gotowałam sama dla siebie nie miałam z tym problemu, pojawiał się on jednak przy okazji jedzenia na mieście. Byłam w kilku miejscach – między innymi knajpka z daniami obiadowymi, gastrobar – i stwierdziłam, że bardzo ciężko jest zjeść coś bez mięsa. W knajpie, w której jadłam obiad było chyba około trzy czy cztery dania bez mięsa, ale z rybą, więc prawdziwy wegetarianin nie zjadł by tam nic. Podobnie jest we wszelkiego typu restauracjach, które serwują codziennie obiady. Pozycje bez mięsa pojawiają się raz w tygodniu w piątek i w większości przypadków są to dania rybne. Lepiej jest z pizzeriami, bo przeważnie każda oferuje minimum dwie lub trzy propozycje wegetariańskie i zawsze można zrezygnować lub zamienić dany składnik, no ale czasem chciałoby się zjeść coś innego niż pizza. Przez ten ostatni miesiąc zobaczyłam, że osoby nie jedzące miejsca naprawdę mają problem by zjeść coś na mieście. Oczywiście są wszelkie wege restauracje i jest ich coraz więcej, ale czasem zdarza się, że nasi kompani niekoniecznie chcą jeść bezmięsnie. Miałam odwiedzić jeden z krakowskich wege barów, ale niestety gdy tam byłam nie było wolnego miejsca, a potem nie było okazji. Jednak na pewno chciałabym jeszcze się tam wybrać i spróbować ich potraw.
Problem pojawił się także podczas weekendowego wyjazdu do domu. Wiecie jak to jest jak przyjeżdżacie i mama ugotuje same pyszności specjalnie dla Was? No to już wiecie czemu nie mogłam odmówić, tego się po prostu nie robi 😉 Poległam właśnie wtedy w jeden z weekendów, ale po powrocie z domu grzecznie wróciłam do wyzwania i wytrwałam już do końca.
Było kilka momentów w których  miałam wielką ochotę by zjeść mięso i to od razu w niezdrowej postaci czyli na przykład kebaba. Jednak większość z tych momentów była spowodowana tym, że coś o mięsie mi przypomniało na przykład zapach czy jakiś wypatrzony przepis. Najtrudniejszy był chyba ostatni tydzień, kiedy trochę już brakowało mi pomysłów na prosty, studencki wege obiad.
Wiele osób mówi, że po odstawieniu mięsa zauważają ogólną poprawę samopoczucia. Nie myślałam o tym dopóki jedna z czytelniczek bloga nie napisała mi tego w komentarzu chyba gdzieś w połowie miesiąca. Wtedy zaczęłam się nad tym zastanawiać i jeśli chodzi o mnie to może nie była to wielka różnica, ale czułam się znacznie lepiej niż w dni, które były obfite w potrawy mięsne.
 
Co dalej?

Ostatni miesiąc pokazał mi, że jeśli bym chciała to mogę zrezygnować z mięsa, ale też uświadomił mi, że są potrawy z mięsem, które po prostu lubię i nie chcę z nich zrezygnować, choć na pewno wprowadzę na stałe  też więcej potraw bez niego. Nie wiem czy kiedykolwiek będę gotowa na to by przejść na wegetarianizm, ale też nie wiem czy do końca tego chcę. Jestem zwolenniczką poglądu, że jeśli dieta jest dobrze zbilansowana to można być zdrowym i dostarczać sobie wszystkich potrzebnych składników także bez mięsa, ale z drugiej strony nie mam też na tyle silnego bodźca, który sprawiłby, że nie będę jeść mięsa w ogóle. Chciałabym bardzo, żeby mięso, które jemy było naprawdę odżywcze, takie jakie było kiedyś a nie przepełnione chemią i nie wiadomo czym jeszcze. Jest to pewnie nierealne, więc pozostaje mi się trzymać zasady, że to „dawka czyni truciznę”.

A jakie jest Wasze podejście do mięsa? 

Dodaj komentarz